Warszawa, dn. 12.12.2012 r.
Szanowna Pani Ewa Kopacz
Marszałek Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej
Szanowny Pan Bartosz Arłukowicz
Minister Zdrowia
Szanowna Pani Agnieszka Pachciarz
Prezes Narodowego Funduszu Zdrowia
Szanowna Pani Marszałek! Szanowny Panie Ministrze! Szanowna Pani Prezes!
Po półtorarocznej przerwie w korzystaniu z usług lekarza podstawowej opieki zdrowotnej (jestem dość dobrze zahartowany i raczej mało choruję) chciałem się umówić w swojej przychodni. Próbowałem zapisać się na wizytę tak, jak robiłem to wcześniej, czyli telefonicznie poprzedniego dnia po południu, ale okazało się, że nie jest to już możliwe (jak się później dowiedziałem od jednej z pacjentek, telefonicznie wyznaczają terminy na dwa tygodnie naprzód - niestety nie potrafię z takim wyprzedzeniem zaplanować grypy lub zapalenia gardła). Mówi się trudno, postanowiłem, że następnego dnia wstanę wcześniej i punktualnie na 7.00, kiedy zgodnie z informacjami na stronie internetowej przychodnia zaczyna pracę, przyjdę się zarejestrować. Jak postanowiłem, tak zrobiłem i niestety pocałowałem klamkę, ponieważ okazało się, że pacjenci, którzy muszą korzystać częściej z pomocy lekarskiej nauczeni doświadczeniem czekali już od godziny 6.00 rano. Na szczęście nie musieli stać na mrozie, bo około 6.00 pojawia się jakaś pracownica, która wpuszcza ich do poczekalni. Rejestratorka poinformowała mnie, że mogę jeszcze spróbować zapytać pani doktor, czy zgodzi się mnie przyjąć ponad limit, który miała wyznaczony na ten dzień. Trudno, poczekam, w końcu nie mogę się codziennie zwalniać z pracy tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy uda mi się zarejestrować do lekarza, czy nie. Pani doktor pojawia się kilkanaście minut przed rozpoczęciem przyjmowania pacjentów, ale pokazując trzymaną oburącz kupę kart, stwierdza, że nikogo już dzisiaj nie wciśnie. Podobno jest jeszcze jedna szansa - o 14.00 będzie kierowniczka przychodni i może zgodzi się mnie przyjąć.