Kiedy obserwuję relacje medialne dotyczące sprawy Brunobombera po raz kolejny przychodzą mi do głowy refleksje, które nasunęły mi się przy okazji zamieszania związanego z trotylem C4 i nitrogliceryną odkrytymi przez "Rzeczpospolitą" na wraku Tupolewa (http://www.rp.pl/artykul/947282.html i http://www.rp.pl/artykul/947284.html). Po artykułach Cezarego Gmyza zastanawiano się w mediach, czy były odpowiednio udokumentowane, czy autor miał prawo ukrywać przed redakcją swoje źródła itp. Ja patrzę na to z punktu widzenia czytelnika i nie widzę w nich nic, co dałoby się zweryfikować. Mamy tajemnicze źródła, które mu być może powiedziały to, co napisał, może powiedziały mu coś innego, czego nie zrozumiał, więc wytłumaczył to sobie po swojemu. Źródła albo nie wiedziały, do końca co mówiły (i w ten sposób powstał trotyl C4, który potem zmienił się w m. in. w nitroglicerynę), albo dziennikarz, który przyznał, że na materiałach wybuchowych się nie zna, nie do końca zrozumiał, o co im chodziło. Nie wiemy na ile są to źródła wiarygodne - były w Smoleńsku podczas badania wraku, usłyszały tą historię od kogoś, kto brał w tym udział, a może informacja dotarła do nich na zasadzie głuchego telefonu. Podobno naczelny "Rzepy" weryfikował te rewelacje u prokuratora Seremeta, ale nie nagrał tej rozmowy (Seremet również), więc znów nie wiemy, co zostało powiedziane, a co usłyszane i zrozumiane, zaś decyzję o tytule podejmował ponoć Andrzej Talaga - ale znów nie wiadomo, na czym się opierał.