Przeczytałem właśnie Rowerowa hipokryzja rozkwita na wiosnę [LIST]. List ten zapewne oburzył wielu rowerzystów, ale ja chętnie uścisnąłbym panu Piotrowi rękę, choć on mógłby nie mieć na to ochoty. Dlaczego? Ponieważ ja również należę do tych rowerzystów, którzy łamią przepisy - jeśli nie ma ścieżki rowerowej, jadę często chodnikiem. Nie rozumiem też, czemu muszę zsiadać z roweru na przejściach dla pieszych itp. Zgłębienie zamysłów urzędników, którzy wytyczyli trasy rowerowe w taki sposób, by na co drugim skrzyżowaniu trzeba było stać na światłach, bo ścieżka przechodzi z jednej strony ulicy na drugą, lub zdecydowali o postawieniu na jej środku słupków mających utrudnić wjazd samochodów, również przekracza możliwości mojego ograniczonego umysłu. Do jazdy chodnikiem przekonują mnie zwykle warszawscy kierowcy. Nie wszyscy, nawet nie większość z nich. Powiedziałbym, że zdecydowana, ale wyraźnie widoczna mniejszość. Dość często spotykam się z tym, że zmotoryzowani zwracają na mnie uwagę: wyprzedzają z zachowaniem odpowiedniego dystansu, zwalniają, żeby ułatwić przejazd w wąskim miejscu, a nawet robią miejsce przy krawężniku na zakorkowanej ulicy. A jednak na tej ulicy nie czuję się bezpiecznie. Bo co jakiś czas znajdzie się paru takich, którzy postanowią pokazać, kto jest panem szosy: kierowca, który wyprzedza w rowerzystę w odległości 30 - 40 centymetrów, by zaraz potem zjechać na lewy pas (który cały czas był wolny) mówi mi wyraźnie "Spierdalaj z MOJEJ ulicy".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
piątek, 18 maja 2012
poniedziałek, 12 marca 2012
Piesze krowy (i woły)
Jako że wiosna w pełni (znaczy: o poranku lód pęka pod kołami, a rękawiczki nie przymarzają do kierownicy), to do pracy jadę rowerem. Po drodze kilka bliskich spotkań z pieszymi - na szczęście obyło się bez spotkania trzeciego stopnia. Pierwsze w mojej ulubionej okolicy szpitala MSW na Wołoskiej: dwóch panów stojących i gadających na środku ścieżki rowerowej, a kilka metrów dalej radośnie truchtająca paniusia w futerku. Ponieważ staram się wyciągać wnioski z popełnionych błędów, zwalniam i z daleka trąbię. Niech się chociaż odwrócą, żeby widzieli że jadę i nie wleźli mi w ostatniej chwili pod koła. Niestety moja nowa trąbka wcale nie brzmi tak przeraźliwie, jak mi się zdawało. Goście olewają mnie zupełnie, a miłośniczka futer łaskawie zwraca głowę w moją stronę w chwili, kiedy ją wyprzedzam. Po poprzednich doświadczeniach rezygnuję z ciągot pedagogicznych - po pierwsze jestem już spóźniony do pracy i nie mam czasu na jałowe dyskusje, a po drugie jest troje na jednego - jeszcze wpierdol dostanę i znów będę musiał lecieć na SOR.
środa, 29 lutego 2012
Bardzo zły rowerzysta
Rozpocząłem dzisiaj sezon rowerowy. Poprzedni zakończyłem pod koniec listopada dość poważnym wypadkiem: zostałem potrącony przez babcię na ścieżce rowerowej. A dokładniej torba babci potrąciła przednie koło roweru, które wykonało mały zygzaczek. Efektem zygzaczka było zahaczenie kierownicą o stojący koło ścieżki słupek i w ten sposób rozpocząłem krótką podróż powietrzną zakończoną hamowaniem twarzą na następnym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)