Każdy godny tego miana manager wie, że jedynym czynnikiem uniemożliwiającym perfekcyjne funkcjonowanie firmy są klienci. Dlatego będzie dążył wszelkimi dostępnymi środkami do wyeliminowania tej niedogodności. Jako klient sklepu Morele.net, jednego z wiodących na polskim rynku internetowych dystrybutorów elektroniki, na własnej skórze doświadczyłem, jak skutecznym narzędziem do osiągnięcia tego celu może się okazać dział reklamacji. Dla uhonorowania pracujących tam wybitnych specjalistów, postanowiłem opisać przebieg naprawy gwarancyjnej kupionego w tej firmie aparatu fotograficznego Pentax K-30.
By skutecznie zniechęcić klienta, dobrze jest zadbać o odpowiedni kontrast emocjonalny, dlatego warto go początkowo wprowadzić w jak najlepszy nastrój, aby później szybko doprowadzić go do wściekłości lub rozpaczy. Pozwoli to uzyskać lepsze i bardziej długotrwałe efekty. W moim przypadku już po półtora tygodnia od dnia, kiedy reklamowany aparat dotarł do sklepu, zobaczyłem w panelu komunikacyjnym Moreli, że reklamacja została zamknięta, a jej status zmienił się na „Wysłane/odebrane”. Uznałem, że naprawa się zakończyła, a sprzęt został do mnie odesłany. Przyznam, że w tym momencie zacząłem się zastanawiać, jak zebrać fundusze na choćby niewielki postumencik wyrażający moją wdzięczność.
Kiedy jednak w ciągu trzech dni od zmiany statusu aparat do mnie nie dotarł, trochę się zaniepokoiłem. A Morele zaczęły wzorem mistrza Hitchcoka budować napięcie, ignorując prośbę o informację, co się dzieje z przesyłką. Po upływie kolejnego dnia roboczego nie wytrzymałem i zadzwoniłem na infolinię. Oczywiście nie zostałem przełączony do działu reklamacji, bo pracujący w nim wybitni specjaliści nie będą się zniżać do rozmów z kimś tak nieważnym, jak klient. Ale już w 13 minut po moim telefonie reklamacja została ponownie otwarta i opatrzona komentarzem, że sprzęt został wysłany do serwisu producenta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 września 2014
poniedziałek, 25 lutego 2013
Serce i Rozum, czyli jak jasno i skutecznie przedstawić zalety produktu
![]() |
| http://kwejk.pl/obrazek/532535/serce-i-rozum.html |
czwartek, 21 lutego 2013
Alior, czyli jak się samemu postrzelić w stopy, kolana i przyległości
Przypomniały mi się ostatnio dwa stare kawały:
- Po "wyzwoleniu" Pragi oficer polityczny Armii Czerwonej dopadł na ulicy jakiegoś Czecha i tłumaczy mu, jak to będzie w Czechosłowacji wspaniale po wprowadzeniu komunizmu: kołchozy i sowchozy zamiast prywatnych gospodarstw, władza ludu pracującego miast i wsi, fabryki staną się własnością pracujących w nich robotników, zamiast tych wstrętnych kapitalistów. Czech wysłuchał ze zrozumieniem, pokiwał głową i odpowiedział: Ja sem was ne boim, ja mam rakowinu.
- Baca znalazł w górach turystę ze spuszczonymi spodniami i majtkami, przywiązanego do pniaka w pozycji mocno wypiętej. Kiedy zapytał, co mu się stało, usłyszał, że napadli go zbójcy, którzy najpierw go obrabowali, a następnie zgwałcili.
- A o pomoc ku dolinkom wołaliście panocku? - zapytał baca.
- Wołałem - odparł turysta.
- A ku halom wołaliście? - dopytywał się baca.
- Wołałem.
- A ku reglom wołaliście?
- Też wołałem.
- I nic?
- Ano nic.
- Oj, ni mocie wy dziś scynścia panocku, ni mocie - zakończył baca zdejmując spodnie.
Pierwszy kawał przypomniał mi się po obejrzeniu wywiadu Michałem Hucałem (cały na www.tvncnbc.pl, najbardziej interesujący fragment tutaj), w którym młody i wyraźnie zadowolony z siebie wiceprezes Alior Banku opisuje nowy projekt Big Data, którego celem ma być wykorzystanie danych o klientach posiadanych przez bank, a także zebranych w internecie, na portalach społecznościowych i pozyskiwanych od firm telekomunikacyjnych (na jakiej podstawie?). Oczywiście wszytko dla dobra klienta - bo bank będzie mógł na przykład lepiej oszacować koszt ryzyka i zaproponować lepszą cenę produktu, a nawet zaproponować od siebie coś, co klientowi zdaniem banku jest potrzebne.
sobota, 16 lutego 2013
Reklamacja dźwignią handlu
Środa około 18.30 - wkładam do wpłatomatu ING 800 zł. Na ekranie zamiast informacji o tym, ile wpłaciłem i prośby o potwierdzenie transakcji, pojawia się komunikat o awarii i sugestia, żeby skontaktować się z infolinią lub oddziałem banku. Urządzenie nie zwraca pieniędzy i drukuje kartkę z danymi odrzuconej transakcji.
Dzwonię na infolinię - konsultant odbiera natychmiast po komunikacie o tym, że rozmowa będzie nagrywana. Prosi mnie, bym sprawdził, czy wpłata nie została jednak zaksięgowana (podobno tak się czasem zdarza) i dopiero gdyby się okazało, że pieniądze nie wpłynęły na konto, mam złożyć reklamację. Informuję o tym, który wpłatomat się zawiesił, a następnie sprawdzam stan konta w sąsiednim bankomacie. Kasy nie ma :(
piątek, 21 grudnia 2012
Przemyślnie sformułowa informacja biznesowa
Sprawa sprzed kilkunastu dni, ale z takich "ponadczasowych". Siedziałem w pracy, odbierając co chwila "niezwykle istotne" telefony od naszych klientów, bezskutecznie próbując między kolejnymi rozmowami zająć się jakąś konstruktywną działalnością. I wtedy na prywatną komórkę dostałem SMS-a:
Dzień dobry. Krawcowe z pracowni "XXXXX" zapraszają od grudnia do nowego lokalu przy ul. Wilczej XX m XXb tel XXX XXX XXX. Ania, Dorota, Jadwiga.
Oczywiście zrozumiałem z niego, że pracownia, której zlecam czasem przeróbki mojej garderoby, ma nową siedzibę. Trochę się zdziwiłem, bo kiedy byłem tam dwa tygodnie wcześniej, nic mi nie wspominano o planach przeprowadzki. Lokal w którym się mieściła był duży, w dobrym miejscu i wyraźnie przystosowany do prowadzonej działalności, więc zaskoczyła mnie nagła zmiana adresu. Ale z drugiej strony w obecnych czasach można sobie wyobrazić powody pośpiechu: właściciel lokalu podniósł nagle czynsz, jakaś kłótnia między wspólnikami itp. Przez chwilę zastanawiałem się, czy taki SMS-a na numer, który podałem, żeby można mi było przesłać informację o wcześniejszym wykonaniu pilnego zamówienia, nie podpada przypadkiem o przepisy o ochronie danych osobowych, ale od razu dałem sobie spokój, bo pracownia była sprawdzona, robotę wykonywała dobrze i szybko, a ja zdecydowanie wolałem wiedzieć, gdzie się przenosi, niż szukać od nowa porządnego krawca w mojej okolicy. Poczułem się nawet mile połechtany faktem, że uznano mnie za klienta na tyle ważnego, by zadać sobie trud powiadomienia mnie o zmianie adresu, żebym przypadkiem nie pocałował klamki, kiedy następnym razem przyniosę parę spodni do przeróbki. Miałem tylko nadzieję, że nowa siedziba nie jest zbyt daleko od mojego miejsca zamieszkania.
Kilka godzin później przyszła druga wiadomość:
czwartek, 29 listopada 2012
Nowe wyzwanie dla Polski
Jak każdy internetowy frustrat, większość wolnego czasu spędzam w sieci, szukając okazji, by pojechać po kimś (lub po czymś) w najlepszym hejterskim stylu. Niestety, moja frustracja pogłębiała się ostatnio coraz bardziej, ponieważ państwo nasze, niczym sam Aleksander Macedoński rozcina jeden za drugim nierozwiązywalne zdawałoby się węzły problemów. Udało się na przykład ustalić, że nasz system opieki zdrowotnej działałby idealnie, gdyby nie pacjenci, którzy zapisują się w kilku miejscach na te same zabiegi, o czym poinformowała w TVP pani prezes NFZ. Moje obserwacje tego, jak działają różne firmy, organizacje lub urzędy, z którymi zdarzyło mi się współpracować, już dawno pozwoliły mi dojść do wniosku, że największą przeszkodą w sprawnym działaniu takich instytucji są klienci (użytkownicy, podopieczni, uczniowie i inne podobne, nikomu niepotrzebne szkodniki). Każda działałaby naprawdę idealnie, gdyby nie wprowadzane przez nich zamieszanie. (Nie wiem, czy ktoś już tak jasno sformułował tą zależność - jeśli nie, to pozwolę sobie nazwać ją Prawem Kolegi Maupy - w skrócie PKM). Wydaje się, że w dziedzinie ochrony zdrowia do ideału pozostał nam już tylko jeden niewielki krok - wyeliminować z niej pacjenta i będziemy się mogli cieszyć przynajmniej takim sukcesem, jaki odniosła polska edukacja, która w Światowym Rankingu, powstałym przez porównanie 39 krajów i jednego regionu (Hong Kong) zajęła zaszczytne 14 miejsce, zostawiając za plecami m. in USA i Niemcy. Teraz już zostaje nam tylko czekać na grad Nobli, który wkrótce spadnie na beneficjentów naszego systemu edukacji.
sobota, 10 listopada 2012
Zapiski egzaminatora
Tegoroczny żeglarski sezon szkoleniowy już za nami. Tym razem miałem okazję kilkukrotnie egzaminować świeżo upieczonych żeglarzy - za każdym razem na Zalewie Zegrzyńskim, po kursach weekendowych. W większości kursy trwały jedenaście dni, a dwunastego odbywał się egzamin i w czasie tych jedenastu dni uczestnicy oprócz praktyki, zapoznawali się również z teorią. Jednym wyjątkiem był kurs Studenckiego Klubu Żeglarskiego, na którym poświęciliśmy 12 dni tylko na szkolenie praktyczne, całą teorię robiąc w ciągu tygodnia w Warszawie. Drugim egzamin w firmie, która w środowisku ma raczej kiepską opinią, choć w tym momencie chyba głównie ze względu na "model biznesowy" właściciela. Tutaj KWŻ poprosił o przełożenie egzaminu o tydzień, ponieważ uznał, że kursantom przyda się jeszcze jeden dzień ćwiczeń (dokładnie tak samo zachował się przy egzaminie w zeszłym roku, na którym byłem przewodniczącym komisji egzaminacyjnej). Nasunęło mi się po tych egzaminach kilka refleksji.
środa, 24 października 2012
O niewątpliwych pożytkach z biznesowego caochingu
Ostatnio miałem niesamowitą okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez gwiazdę polskiego coachingu biznesowego (i nie tylko coachingu). Podobno miało to być szkolenie, ale nie do końca wiem na jaki temat, bo nie wydaje mi się, żeby prowadzący to jakoś sprecyzował. Ale może wynikało to z tego, że o 9.00 rano na firmowym wyjeździe mogłem być jeszcze nieco rozkojarzony. Wkrótce jednak niewątpliwy talent sceniczny naszego coacha, jego nietuzinkowa osobowość oraz niezwykłe bogactwo przekazanej nam wiedzy obudziło moją uwagę. Dzięki temu w ciągu czterech godzin dowiedziałem się na prawdę niesamowitych rzeczy, które uczyniły moje życie lepszym. Czuję się zobowiązany, by podzielić się tym niezwykłym doświadczeniem.
czwartek, 18 października 2012
Parę refleksji na temat "drugiego expose"
Jak każdy typowy leming (dwa razy głosowałem na Platformę - a właściwie przeciwko PiS-owi, choć za drugim razem z pewnym "obrzydzeniem", nie wierzę, że dojście Kaczyńskiego do władzy zmieni cokolwiek, prócz kolejnych konferencji prasowych nowego Zbigniewa Ziobry, demaskującego wrogów ludu i zapie... osiem godzin dziennie, żeby mieć na dobrą whisky i inne fanaberie) z niecierpliwością czekałem na "drugie expose" mojego idola. Jakże wielkie było moje cierpienie, że nie mogłem go słuchać na żywo, a jedynie mogłem się zapoznać z jego tekstem i to z trzydniowym opóźnieniem. Przyznam, że jestem zmęczony budowaniem kolejnych Rzeczypospolitych, Polską Wielkim Projektem i udowadnianiem wszystkim naszej wyjątkowości (podbudowanej oczywiści solidną dawką narodowej martyrologii). Bardziej przemawiałoby do mnie hasło "Polska - dobry projekt, skuteczna realizacja". Dlatego podoba mi się pomysł rządu małych kroków, który wyłania się z przemówienia premiera. Chciałbym jednak mieć przekonanie, że te kroki będą się kierowały we właściwym kierunku i nie okażą się dreptaniem w miejscu lub ruchem typu "jeden w przód, dwa w tył". A dotychczasowe działania Platformy takiej pewności nie dają.
czwartek, 30 sierpnia 2012
Państwo a "bezpieczne" inwestowanie i inne skojarzenia
Przeglądając portale i oglądając telewizje informacyjne ciągle natrafiam na kolejne wiadomości oraz wypowiedzi polityków na temat Amber Gold. Przewijają się w nich między innymi stwierdzenia, że państwo nie chroniło dostatecznie poszkodowanych obywateli (choćby na konferencji prasowej Zbigniewa Ziobry, ale pojawia się również w innych wypowiedziach). O ile trudno polemizować ze stwierdzeniem, że prokuratura w tej sprawie - delikatnie mówiąc - dała du.., zresztą podobnie jak w przypadku "afery solnej" (czy ktoś jeszcze pamięta, o co w niej chodziło?), o czym pisałem w poście "Sól i politycy", o tyle nie potrafię się zgodzić z przedstawianiem poszkodowanych przez Amber Gold jako biednych ofiar oszusta. Zgodnie z artykułem z wyborczej.pl dwa dni temu złożono do prokuratury 2091 klientów uważa się za oszukanych przez spółkę na łączną sumę 131 744 000 zł. Proste działanie matematyczne pokazuje, że średnio lokowali oni po 63 005 zł i 26 gr. Czyli ludzie "inwestowali" po kilkadziesiąt tysięcy złotych licząc na oprocentowanie przekraczające najlepsze lokaty bankowe i to "bez ryzyka". Fajnie podsumował to jeden z komentatorów na forum.gazeta.pl. I nie jest prawdą, że nie było wcześniej żadnych ostrzeżeń na temat funkcjonowania tej firmy - jak się ustawi wyszukiwanie w Google na okres np. od 01.01.2009 - 31.12.2011 i wpisze "Amber Gold", to okaże się, że można było tam znaleźć artykuły, czy wpisy na blogach ostrzegające przed lokowaniem tam pieniędzy (o ostrzeżeniach KNF nie wspominając).
wtorek, 17 lipca 2012
Hieny
15 lipca TVN24 przerywa program "Loża prasowa", żeby nadać konferencję niedetektywa Rutkowskiego w sprawie śmierci Madzi. Następnie prowadząca program Małgorzata Łaszcz nakłania obecnych w studiu Sławomira Sierakowskiego, Igora Janke, Pawła Lisickiego i Bartosza Węglarczyka, żeby komentowali to "wydarzenie". Zaproszeni publicyści nie kwapią się szczególnie do tego, zamiast tego zarzucają TVN nakręcanie zainteresowania i podgrzewanie niezdrowych emocji w celach komercyjnych. Pani Małgorzata broni decyzji stacji, twierdząc, że jest to taki ważny temat, budzący zainteresowanie społeczeństwa i nie ma to żadnego związku z poziomem oglądalności. W pewnym momencie mówi, że zaraz usłyszy, że to ona namówiła Katarzynę W., żeby zabiła swoje dziecko. Kiedy obserwowałem medialną histerię wokół tej sprawy - której od samego początku patronował Super Express, a pod którą następnie podłączyły się inne media - z tymi "poważnymi" i "opiniotwórczymi" na czele, miałem dokładnie takie odczucia: jak kiedyś zabraknie tematu, to któraś gazeta zleci zabójstwo, by wykreować news (najlepiej jakiegoś dzieciaka, bo w ten sposób najłatwiej złapać przypadkowych członków przypadkowego społeczeństwa za serce). Przesadzam? Być może, ale niedługo może się okazać, że nie bardzo. Ciekawe na przykład, czy szacowna stacja informacyjna powstrzymałaby się przed puszczeniem nagrania (oczywiście przypadkowego), na którym byłoby widać matkę mordującą dziecko. Zwłaszcza gdyby miała je na wyłączność.
czwartek, 21 czerwca 2012
Ojcowie sukcesu, czyli uzdrawianie polskiego footballu
Nasze orły zakończyły już udział w Euro, nastał więc czas na podsumowanie ich występu. Musimy sobie twardo i pryncypialnie powiedzieć, że był to największy sukces, osiągnięty przez naszą reprezentację w rozgrywkach międzynarodowych w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat. Wbrew przewidywaniom różnych malkontentów, którzy twierdzili, że będzie tak jak w poprzednich wielkich imprezach, czyli najpierw mecz otwarcia, potem mecz o wszystko i na koniec mecz o honor, o wszystko zagraliśmy dopiero w trzecim spotkaniu. Nasi chłopcy dzielnie wypruwali z siebie żyły, mimo braku wsparcia ze strony PZPN, który przekazał im jedynie po 11 biletów na głowę na każdy mecz w którym grali, przy czym niektóre dając im dopiero na kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania. Brak najbliższych na trybunach wyraźnie wpłynął na pogorszenie dopingu, co w znaczący sposób utrudniło grę naszym zawodnikom. Również kibice nie w pełni stanęli na wysokości zadania – w meczu z Grecją, w trudnych chwilach, kiedy graliśmy z przewagą jednego zawodnika, doping pozostawiał wiele do życzenia. Nasi piłkarze pomimo tylu przeciwności stanęli na wysokości zadania i zdobyli całe dwa punkty, mimo że znów przyszło im grać w grupie śmierci.
czwartek, 7 czerwca 2012
Postaw się a zastaw się, czyli Euro w sosie polskim
Chyba mam w sobie coś z wróżki - na dowód pozwolę sobie zacytować zdanie z posta "Nagły atak Euro": "Podobno uda się również zbudować znaczną część planowanych autostrad -
oby tylko nie pociągnęło to za sobą kolejnych bankructw wykonawców." (Dotyczyło to bankructwa firmy DSS, która po chińskim Covecu przejęła odcinek C autostrady A2.) A jednak kolejne upadłości są w drodze: Grupy PGB (do której należy m. in. Hydrobudowa budująca stadion narodowy oraz Aprivia) oraz POLDIM-u. Pozwolę sobie tutaj zacytować fragment z informacji o podjęciu przez zarządy spółek z Grupy PGB uchwał o złożeniu wniosków o ogłoszenie upadłości:
wtorek, 22 maja 2012
Lewicowiec-ideowiec
Od jakiegoś czasu zastanawiam się, jak to się stało, że głównym przywódcą nowoczesnej polskiej lewicy (o skansenie komuny w postaci SLD przecież nie warto nawet wspominać) jest były biznesmen, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu i Polskiej Konferencji Pracodawców Prywatnych (za Wikipedią). Czyżby już jako biznesmen był kimś na kształt braci Cadbury, troszczących się o swoich pracowników bardziej niż współczesne związki zawodowe o swoich członków, czy też jakieś dramatyczne wydarzenie (na myśl nasuwa mi się nawrócenie Szawła w drodze do Damaszku, ale wobec poglądów naszego bohatera nie odważę się użyć tego porównania) wpłynęło na zmianę jego poglądów? Chcąc poznać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie sięgnąłem po Wprost, gdzie można znaleźć wywiad z jego byłą żoną. Odpowiedzi nie znalazłem, bo trudno przecież uwierzyć w to, co zarzuca swojemu ex rozgoryczona rozpadem związku kobieta.
piątek, 20 kwietnia 2012
Jak przywiązać klienta
Kilka dni temu dostałem najpierw maila a potem SMS-a od "Vistuli" z informacją o wiosennej promocji. Dostaję od nich takie powiadomienia raz na kilka miesięcy. Wyraziłem na to zgodę wyrabiając sobie kartę rabatową, co było warunkiem sprowadzenia dla mnie z innego miasta garnituru w bardzo korzystnej cenie. Zaskoczyła mnie moja reakcja na te wiadomości. Mail został przez program pocztowy przeniesiony automatycznie do folderu ze spamem, gdzie wypatrzyłem go podczas jego rutynowego opróżniania. Po zauważeniu, kto jest nadawcą otworzyłem go i przeczytałem, choć zwykle wszystkie takie wiadomości lądują od razu w koszu. Zapoznałem się również z SMS-em, który powtarzał jedynie to, o czym już wiedziałem z maila. Znów zadecydowała informacja o tym, kto jest nadawcą. Z tej konkretnej promocji nie skorzystam, ale niedługo będę potrzebował jakichś koszul do "ubrania roboczego". Chyba zacznę szukanie od któregoś z ich sklepów. A kiedy wyrabiałem kartę, byłem pewien, że zbyt wiele na mnie nie zarobią, bo w garniturach, koszulach i krawatach chodzę tylko wtedy, kiedy nie mam innego wyjścia.
Przy okazji zacząłem się zastanawiać nad sposobem przywiązania opornego klienta do marki. W moim przypadku wystarczył dobry produkt, miła i kompetentna obsługa, a później niezbyt nachalne przypominanie o swoim istnieniu. Ale to nie może być takie proste. Przecież już ktoś by na to wpadł.
Przy okazji zacząłem się zastanawiać nad sposobem przywiązania opornego klienta do marki. W moim przypadku wystarczył dobry produkt, miła i kompetentna obsługa, a później niezbyt nachalne przypominanie o swoim istnieniu. Ale to nie może być takie proste. Przecież już ktoś by na to wpadł.
czwartek, 19 kwietnia 2012
O różnicy między kupcem i handlarzem, czyli sprzedawcy - reaktywacja
Znów kupuję specyficzny towar - tym razem masę klejąco-uszczelniającą
do zastosowania na jachcie. Poprzednie rozwiązanie się nie sprawdziło,
więc szukam czegoś innego. Trochę googlania i chyba znalazłem.
Dzwonię do najbliższego przedstawiciela producenta i opisuję ich
specjaliście, co chcę uszczelnić. Proponuje tą samą linię produktów, a
po krótkiej rozmowie wskazuje mi dokładnie ten preparat, który wyszukałem. Obiecuje również, że podejdzie do księgowości i sprawdzi,
kto w moim sąsiedztwie ostatnio to zamawiał. W międzyczasie postanawiam
przejść się po okolicy - na pewno znajdę kilka sklepów, które handlują czymś podobnym. W trakcie poszukiwań oddzwaniają od producenta. Jestem pod
wrażeniem - tyle zachodu dla kogoś, kto chce kupić dwa kartusze w
cenie detalicznej 35 zł za sztukę. Dowiaduję się, że ostatnio nikt nie brał tego
konkretnego uszczelniacza, ale jest taka firma, która robi częste i duże
zamówienia, więc pewnie niedługo znów będzie do nich jakaś dostawa.
Wystarczy, że się z nimi skontaktuję i poproszę, żeby to dla mnie
sprowadzili.
sobota, 31 marca 2012
Agresja w służbie zdrowia
Kiedy pisałem Wraca nowe, czym między innymi chciałem "upamiętnić" tych, którzy położyli podwaliny po obecny system "opieki zdrowotnej", natknąłem się na tekst Fala przemocy w szpitalach i bardzo szybko odechciało mi się śmiać. Z artykułu wynika, że pracownicy służby zdrowia winią za dotykającą ich agresję nierealne oczekiwania pacjentów oraz ich przekonanie, że wszystko im się należy. W zeszłym roku miałem wątpliwą przyjemność dość częstych kontaktów z publiczną służbą zdrowia zarówno jako pacjent poradni specjalistycznych, jak i SOR-ów i doświadczyłem w tych kontaktach frustracji, złości a nawet lęku, przy czym uczucia te były związane głównie z tym, co działo się przed przekroczeniem progu lekarskiego gabinetu. We Wraca nowe wspominałem między innymi o problemach z telefonicznym umówieniem się na wizytę do specjalisty, jednak krótka obserwacja pracy rejestracji poradni szybko ujawnia ich przyczyny. Jeżeli dwie rejestratorki mają obsłużyć siedem gabinetów lekarskich, gabinet zabiegowy i punkt pobierania materiału do badań laboratoryjnych, zajmując się przy tym całą obowiązkową papierologią, to nic dziwnego, że skupiają się przede wszystkim na obsłudze pacjentów tłoczących się przed okienkami. Na odbieranie telefonów brakuje już czasu.
czwartek, 29 marca 2012
Wraca nowe
Popularność Platformy Obywatelskiej leci na pysk w takim tempie, że nawet wicepremier Pawlak, zaniepokojony o swój dalszy polityczny byt, postanowił zaznaczyć swą odrębność od koalicjanta udając, że kwestia wieku emerytalnego ma dla niego jakiekolwiek znaczenie. A przecież obdarzony nieskończoną zdolnością koncyliacyjną wódz ludowców, jako jedyny gwarant nienaruszalności KRUS-u i główny dobroczyńca Ochotniczej Straży Pożarnej, musi być wicepremierem w każdym możliwym rozdaniu politycznych kart. Takie zachowanie lidera PSL jest wyraźnym sygnałem, że upadek obecnego rządu, zakorzenionego w antypolskiej ideologii wermachtowskiego żydostwa, jest już ostatecznie przesądzony. Być może czekają nas również przyspieszone wybory, które odmienią polską scenę polityczną. Zmęczony rolą przypadkowego członka przypadkowego społeczeństwa postanowiłem tym razem zostać wyborcą aktywnym, świadomym i odpowiedzialnym za losy ojczyzny. Zacząłem się zastanawiać, na kogo powinienem oddać swój głos.
wtorek, 27 marca 2012
Jak sprzedać martwego konia
Jak wielu przypadkowych członków przypadkowego społeczeństwa mam w domu telewizor. Zazwyczaj jestem widzem aktywnym, czyli w momencie kiedy zaczyna się blok reklamowy szybko przeskakuję na inny kanał. Ale niekiedy używam telewizora w charakterze rozpraszacza uwagi w czasie, kiedy zajmuję się czymś innym. W takich chwilach staję się nieco przymusowym reklamożercą. Zawsze wtedy przypomina mi się opis, który znalazłem w książce "Paradoksy młodszego patriarchy" Eleonory Ratkiewicz :
Siedzi, nóg nie podwija i nie krzyżuje, lekko się pochylił ku nam, ręce rozłożone... do licha, nie tylko rozłożone, ale też dłonie otwarte ku górze. Taka otwarta i ufna poza. [...] Oczy szeroko otwarte. I ruchy aż wołające, żeby mu zaufać. Kogo on mi przypomina? [...] Tego handlarza końmi na targowisku. Próbował mi sprzedać dwudziestoletniego wałacha jako dwuletniego źrebca.
Coś jest ze mną nie w porządku, ponieważ zaczynam się rozglądać za umierającą chabetą, którą ktoś właśnie próbuje mi wcisnąć, za każdym razem kiedy widzę uczciwego, szczerego i pełnego dobrych chęci człowieka, przekonującego mnie wykupienia NAJlepszego pakietu ubezpieczeniowego bądź wzięcia NAJtańszego kredytu, dzięki któremu będę mógł sobie pozwolić na coroczną, obowiązkową wymianę lodówki, pralki i maszynki do golenia na nowszy, jeszcze DOSkonalszy model.
sobota, 10 marca 2012
Prawo autorskie okiem złośliwego zgreda
Oddałem ostatnio kolejne podpisy pod wnioskiem w o referendum w sprawie ACTA. Od czasu, kiedy się okazało, że premier Tusk został wprowadzony w tej sprawie w błąd, a może nawet oszukany, mogę powiedzieć, że spełniłem w ten sposób obywatelski obowiązek. Cieszę się, że jako zatwardziały pirat* mogłem chociaż raz stanąć po stronie prawa. Teraz można powiedzieć, że jestem na pirackiej emeryturze - nie ściągam z sieci plików, korzystam z legalnego oprogramowania, najczęściej zresztą darmowego, a jeżeli nie ma takiego, które spełnia moje wymagania, to płacę za wersje komercyjne. Dlaczego w takim razie jestem przeciwko?
Wkurza mnie, że niedługo przed posłuchaniem piosenki lub obejrzeniem filmu powinienem zrobić doktorat z prawa lub co najmniej skonsultować się z renomowaną kancelarią, by ustalić, czy na pewno będzie to dozwolony użytek, czy też powinienem zapłacić tantiemy albo od razu oddać się dobrowolnie w ręce organów ścigania.
Wkurza mnie, że niedługo przed posłuchaniem piosenki lub obejrzeniem filmu powinienem zrobić doktorat z prawa lub co najmniej skonsultować się z renomowaną kancelarią, by ustalić, czy na pewno będzie to dozwolony użytek, czy też powinienem zapłacić tantiemy albo od razu oddać się dobrowolnie w ręce organów ścigania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
